Bejrut (Beirut)

Reżyseria: Brad Anderson
Scenariusz: Tony Gilroy
Występują: Jon Hamm, Rosamund Pike, Dean Norris, Larry Pine
Produkcja: USA, 2018
Czas trwania: 109 minut
Gatunek: thriller

Ocena: 4 out of 5 stars

“Teraz takich filmów już się nie robi!” – chciałoby się rzec po zakończonym seansie. Oczywiście, sporo w tym stwierdzeniu przesady, choć Bejrut jest thrillerem zrealizowanym w starym, dobrym stylu, gdzie bardziej od wymyślnych fabularnych    wolt i efektownej realizacji liczył się solidnie napisany scenariusz i pełnokrwiste postaci.

Akcja filmu rozpoczyna się w Bejrucie w roku 1972. Na przyjęciu zorganizowanym przez amerykańskiego dyplomatę, Masona Skilesa (fantastyczny w tej roli Jon Hamm), dochodzi do tragedii. Skiles zostaje wydalony z korpusu dyplomatycznego i wraca do USA, gdzie mediuje ugody pomiędzy przedsiębiorcami a związkami zawodowymi. Splot okoliczności sprawia, że po dziesięciu latach musi wrócić do Libanu, aby negocjować uwolnienie porwanego przez terrorystów agenta CIA. Jak się szybko okaże, stawka jest znacznie wyższa, niż się początkowo wydaje.

Fot. Vulture

Brzmi oklepanie? Być może, ale – choć zabrzmi to paradoksalnie – największą siłą filmu jest to, że nie pozuje on na coś, czym nie jest. Zasiadający na fotelu reżysera Brad Anderson (Mechanik) do spółki ze scenarzystą Tonym Gilroy’em postanowili opowiedzieć nam intrygującą historię, nie wyważając przy tym dawno otwartych drzwi.

Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z obrazem banalnym – wręcz przeciwnie!

Jak już wspomniałem, scenariusz Tony’ego Gilroy’a (autor pamiętnej “Trylogii Bourne’a”, ale też brawurowo napisanego Adwokata diabła i nominowanego do Oscara Michaela Claytona) jest najmocniejszym elementem filmu. Choć jego struktura jest stosunkowo prosta, to cały tekst nieustannie trzymany jest w ryzach, przez co jest niesamowicie zwarty i, cóż, konkretny. No i crème de la crème – dialogi, na których całość się opiera i które de facto popychają akcję do przodu. Brawa!

Z całą pewnością chwali się, że twórcy filmu wierzą w widza i nie zamierzają prowadzić go za rękę, jeśli chodzi o genezę i istotę wojny domowej w Libanie. Niuanse historyczne, geopolityczne i ideologiczne streszczone zostały w ledwie kilku kwestiach dialogowych, a poza tym – widzu, zdany jesteś na siebie. Nie jest tak, że bez znajomości historii konfliktów bliskowschodnich Bejrut staje się całkowicie niezrozumiały, aczkolwiek z całą pewnością pewne fabularne rozwiązania są bardziej czytelne dla osób choć częściowo obeznanych w temacie.

Fot. azcentral

Oceniając film nie sposób nie wspomnieć o niemal brawurowym aktorstwie, w którym przoduje fantastyczny Jon Hamm (gwiazda serialu Mad Men), a któremu udało się oddać pełnię targających Skilesem uczuć. Wtóruje mu, nominowana do Oscara za rolę w Zaginionej dziewczynie, jak zawsze zjawiskowa, Rosamund Pike.

Od strony realizacyjnej Bejrut stoi na zaskakująco wysokim poziomie.

Nie uświadczymy tu wprawdzie inscenizacyjnego przepychu i wizualnych fajerwerków zarezerwowanych dla produkcji wysokobudżetowych, choć w tych nielicznych scenach rozgrywających się w plenerach, Maroko, udające zniszczony wojną domową Liban, wygląda bardzo przekonująco.

Na szczęście twórcy filmu uciekają od taniego moralizatorstwa. Zdają sobie sprawę, że niespełna dwie godziny seansu to stanowczo za mało, żeby oddać sprawiedliwość wszystkim stronom libańskich konfliktów, w związku z czym nie silą się na rozkładanie ich na czynniki pierwsze. Z mniej lub bardziej oczywistych względów podział na “dobro” i “zło” oczywiście istnieje (trudno, żeby było inaczej, skoro fabuła zahacza o problematykę terroryzmu), jednak Bejrut świat wywiadu i polityki międzynarodowej słusznie odziera ze złudzeń.


Obraz Andersona jest modelowym wręcz przykładem doskonałej rzemieślniczej roboty – ni mniej, ni więcej. Fabularnie zajmujący, aktorsko porywający, realizacyjnie dopracowany, pomimo oczywistych ograniczeń. Pozycja obowiązkowa, zwłaszcza w kategorii filmów z pogranicza politycznego i szpiegowskiego thrillera.