The Titan

Reżyseria: Lennart Ruff
Scenariusz: Max Hurwitz
Występują: Sam Worthington, Taylor Schilling, Tom Wilkinson, Agyness Deyn
Produkcja: USA, Wielka Brytania, Niemcy, Hiszpania, 2018
Czas trwania: 97 minut
Gatunek: science fiction

Ocena: 3 out of 5 stars

Jest rok 2048. Z powodu przeludnienia i gwałtownych zmian klimatu, jak również konfliktów o kurczące się zasoby, warunki do życia na Ziemi stają się coraz trudniejsze. Najmłodsze pokolenie będzie zapewne świadkiem końca cywilizacji. Przetrwanie rasy ludzkiej zapewnić może jedynie kolonizacja Tytana – największego z księżyców Saturna. Rick Janssen (Sam Worthington) jest jednym z grupy śmiałków, którzy poddają się eksperymentalnej terapii, mającej na celu przystosowanie ich do warunków panujących na powierzchni Tytana.

Tytan, jak mało który obiekt w naszym układzie słonecznym, fascynuje twórców science fiction – w dużej mierze za sprawą otaczającej go aury tajemniczości (z której dekadę temu odarła go sonda Cassini), a która wynika z nieprzeniknionej atmosfery okalającej ten nieprzyjazny świat. Fani gatunku zapewne przypomną sobie w tym momencie o genialnej Gattace – Szoku przyszłości, w której księżyc ten również napędzał działania głównego bohatera. Zresztą, The Titan ma z filmem Andrew Niccola kilka elementów wspólnych, choć (tak dla jasności) obie produkcje dzieli od siebie co najmniej kilka klas.

Zresztą, krytycy nie pozostawili na The Titan suchej nitki, zarzucając mu między innymi zbyt powolne tempo, błędy w scenariuszu i obsadzie. Wydaje się jednak, że obraz młodego niemieckiego reżysera nie został właściwie odczytany. Jeśli bowiem podczas seansu zaczniecie kwestionować ogólne założenia filmu, zastanawiać się nad sensem ekspedycji na Tytana, czy też możliwość powodzenia całego projektu, wówczas najprawdopodobniej faktycznie dość solidnie się wynudzicie i zapewne ogarnie Was przeświadczenie o bezpowrotnie utraconym czasie, jaki musieliście poświęcić na jego obejrzenie.

Jeśli jednak spojrzeć na The Titan z innego punktu widzenia, okaże się, że jest to całkiem solidna produkcja science fiction, będąca swoistym hołdem dla klasyki gatunku (nieprzypadkowo przecież syn Ricka w jednej ze scen ogląda Podróż na księżyc Georgesa Mélièsa) Film ten na swój (jasne, nie zawsze udany) sposób nawiązuje do podstawowych lejtmotywów, na których zbudowano fantastykę naukową: eksploracji kosmosu, kolonizacji obcych światów, przekraczania granic nauki, “zabawy w Boga”, upadku cywilizacji. Ostatni z tych elementów zresztą wypadł najsłabiej; zamiast podążać za kluczową zasadą udanego scenopisarstwa: “nie mów – pokaż”, Hurwitz postąpił dokładnie na odwrót, choć na jego usprawiedliwienie należy zaznaczyć, że film jest zaskakująco kameralny, a umiejscowienie akcji w zamkniętym ośrodku wojskowym na jednej z wysp Oceanu Atlantyckiego (sfilmowanej na idyllicznej Gran Canarii) na pewno nie ułatwiło mu zadania. Tym bardziej, że ambicją twórców nie było pogłębianie tego wątku, a jedynie uczynienie zeń elementu świata przedstawionego. Można zatem założyć, że efekt silnego kontrastu między rzekomym katastrofalnym stanem naszej planety, a błogimi krajobrazami miejsca akcji jest zamierzony.

Podobnie rzecz się ma z samą podróżą na Tytan. Tak, jak we wspomnianej Gattace, także i tu motyw ten jest niczym więcej, jak typowym filmowym MacGuffinem, który napędza działania bohaterów i nadaje im kierunek, ale sam w sobie jest nieistotny (choć, w przeciwieństwie do Niccola, Ruff niestety nie dostrzegł w którym miejscu należy postawić kropkę). Podróż na księżyc Saturna jest wyłącznie celem, albo inaczej – pewną ideą. Rick podejmuje się tego wyzwania, by jego syn nie musiał być świadkiem końca świata. By zapewnić mu szansę przetrwania. I dlatego jest gotów do największych poświęceń.

Z tego względu kwestionowanie koncepcji całego projektu mija się z celem, bo choć twórcy podejmują próby nadania naukowym podwalinom za nim stojącym pewnych pozorów wiarygodności, to nawet przez chwilę nie udają, że w prawdziwym świecie miałby on jakąkolwiek rację bytu. Stąd te wszystkie uproszczenia, które żądnego autentyzmu widza mogą doprowadzać do szewskiej pasji i całkowicie zepsuć przyjemność oglądania filmu.

Twórcy The Titan podeszli w stosunkowo świeży (co nie znaczy – nowy) sposób do koncepcji kolonizacji pozaziemskiego świata. Zamiast znacznie częściej wykorzystywanej idei terraformingu, czyli kształtowania jego powierzchni i atmosfery na podobieństwo Ziemi, postawili na przystosowanie organizmów ludzkich do ekstremalnych warunków panujących na Tytanie. Z wykorzystaniem inżynierii genetycznej naturalnie, czego skutkiem ma być przyspieszona ewolucja. Założenie to umożliwiło im poprowadzenie fabuły w jeszcze innym kierunku.

Najważniejszym elementem The Titan jest bowiem motyw “szalonego naukowca”, którego uosabia szef całego projektu, profesor Martin Collingwood, a który w imię większego dobra (będącego jednocześnie jego obsesją) sprzeniewierza się elementarnym zasadom moralności. Naturalnie, cel Collingwooda jest ze wszech miar szlachetny, ale metody działania są już mocno dyskusyjne. Oczywiście w tym miejscu widz powinien zadać sobie pytanie o granice, których przekraczać nie należy i czy są sytuacje, w których cel uświęca środki. TO jest sedno tego filmu, co jednak najwyraźniej wielu widzom umyka, czy to na skutek oczekiwań, z którymi The Titan się rozmija, czy też ogólnego znużenia seansem.

Tak, film Ruffa docenią bowiem przede wszystkim osoby, które mają pewne obycie w gatunku science fiction, włączając w to znajomość jego podstaw. Zgoda, reżyser ma chyba wobec widza zbyt wysokie wymagania – zwykle bowiem dobry film bowiem powinien móc się obronić w oderwaniu od towarzyszącego mu kontekstu. Dlatego też jeśli szukacie niezobowiązującej, lekkiej rozrywki, The Titan zdecydowanie nie jest dla Was. Ale jeśli macie ochotę na kino science fiction w nieco twardszym wydaniu – spróbujcie.

Tym bardziej, że realizacyjnie The Titan stoi na dość wysokim poziomie, pomimo ewidentnych ograniczeń budżetowych. Wprawdzie muzyka, choć adekwatna, w pamięci absolutnie nie zapada, to już zdjęcia mogą budzić uznanie. Niezłe są też efekty specjalne, a przede wszystkim – charakteryzacja. Aktorsko bywa różnie. Sam Worthington gra na miarę swoich (niewielkich) możliwości, ale już znana z serialu Orange Is the New Black Taylor Schilling wypada całkiem przekonująco, podobnie zresztą jak Tom Wilkinson.

Koniec końców, ostateczna ocena The Titan do prostych rzeczy nie należy. Film można docenić, ale tylko i wyłącznie pod pewnymi warunkami.

Dość trudnymi warunkami, dodajmy.