Opiekun (The Fundamentals of Caring)

Scenariusz i reżyseria: Rob Burnett
Występują: Paul Rudd, Craig Roberts, Selena Gomez, Jennifer Ehle
Produkcja: USA, 2016
Czas trwania: 93 minuty
Gatunek: komediodramat

Ocena: 3.5 out of 5 stars

Opowiadanie o rzeczach trudnych w przystępny sposób to wbrew pozorom nie lada sztuka. Amerykańskie kino do perfekcji opanowało tę umiejętność, a Opiekun jest tego najlepszym przykładem.

Ben (Paul Rudd) porzucił pisanie książek. Z braku innego zajęcia podejmuje się opieki nad cierpiącym na dystrofię mięśniową osiemnastolatkiem, Trevorem (Craig Roberts). Niełatwa z początku relacja z czasem przeradza się w przyjaźń, którą przypieczętuje wspólna podróż po najbardziej obciachowych atrakcjach turystycznych Ameryki.

Rob Burnett, dla którego Opiekun jest ledwie drugim filmem w dorobku scenarzysty i reżysera, wziął na warsztat powieść The Revised Fundamentals of Caregiving Jonathana Evisona. Trzeba przyznać, że umiejętnie pogodził ze sobą kilka wątków, całość utrzymał w słodko-gorzkiej tonacji, ubierając ją w formułę filmu drogi, która zwykle daje twórcom duże pole do popisu, wszak lwią część fabuły trzeba umiejscowić w zamkniętej przestrzeni samochodu, przez co bohaterowie zmuszeni są do nieustannej konwersacji. Dla utalentowanego scenarzysty jest to istny samograj.

Opiekun podejmuje kilka trudnych tematów: kalectwo, radzenie sobie z nieuchronnością śmierci, ale też godzenie się ze stratą dziecka (tu może bardziej odpowiednie byłoby określenie: życie po utracie dziecka). Każdy z tych motywów został przez reżysera potraktowany z należytą uwagą, nie uciekając się do banałów. Co istotne, Burnett – reżyser oparł się pokusie i nie zamienił filmu w łzawe widowisko, prostymi sposobami grające na uczuciach widza, choć miał po temu kilka okazji. Brawo.

Spisał się również Burnett – scenarzysta, który popełnił tekst niezwykle konkretny, trzymając poszczególne wątki w ryzach, całość okraszając soczystymi, a jednocześnie zabawnymi dialogami (ponownie: raczej stroniąc od komunałów!), które zresztą w dużej mierze wygrywają ten film. Jest w nim jedna naprawdę źle napisana scena, która kompletnie nie przystaje poziomem do reszty, zupełnie, jakby była wynikiem improwizacji, niż przemyśleń. Owszem, popycha fabułę do przodu, stanowiąc swoisty punkt zwrotny, ale sprawia wrażenie niezwykle sztucznej – czego wcześniej i później udawało się uniknąć.

Opiekuna warto też obejrzeć dla naprawdę ponadprzeciętnego aktorstwa. Doskonale spisał się Craig Roberts, który idealnie uchwycił pełen sprzeczności charakter granego przez siebie bohatera. Trevor zdaje sobie sprawę z tego, że postępująca choroba ostatecznie go zabije – i to raczej wcześniej, niż później. Stąd też żal wyładowuje złośliwością i wulgarnością. Z drugiej strony, jak każdy nastolatek, ma marzenia, plany, pragnienia. Sporą niespodzianką jest za to występ Paula Rudda, aktora kojarzonego przeze mnie głównie z rolami stricte komediowymi – w Przyjaciołach, gdzie zagrał męża Phoebe, czy jednej z nielicznych naprawdę udanych komedii romantycznych, Pechowa przesyłka. I, oczywiście, marvelowskiego Ant-Mana. W Opiekunie Rudd dość mocno ograniczył ekspresję, wiarygodnie portretując człowieka załamanego tragedią największą z możliwych, który jednak ze wszystkich sił nie utracić resztek człowieczeństwa.

I o tym tak naprawdę jest ten film. By czerpać z życia najlepsze, co ma do zaoferowania. Pomimo przeciwności losu, pomimo nieszczęść, nieuchronności śmierci – by doceniać wszystkie, choćby najdrobniejsze powody do radości. Bo cóż innego nam pozostaje?

Opiekunowi daleko do klasyki kina. Raczej też nie zostanie z Wami na zawsze; nie ma siły rażenia Filadelfii, o Love story nie wspominając. Z pewnością uwrażliwi Was na dramaty osób cierpiących na dystrofię mięśniową Duchenne’a. Przede wszystkim jednak, na swój słodko-gorzki sposób, wywoła uśmiech na Waszych twarzach, a i kto wie – być może dzięki niemu choć na chwilę bardziej docenicie to, co macie.

Warto.