Jack Reacher: Nigdy nie wracaj (Jack Reacher: Never Go Back)

Reżyseria: Edward Zwick
Scenariusz: Richard Wenk, Edward Zwick, Marshall Herskovitz
Występują: Tom Cruise, Cobie Smulders, Aldis Hodge, Danika Yarosh
Produkcja: USA, 2016
Czas trwania: 118 minuty
Gatunek: thriller akcji

Ocena: 1 out of 5 stars

Z całą pewnością wielokrotnie spotkaliście się z opinią, że drugie części filmowych serii zawsze są gorsze od pierwowzorów. I choć wyjątków od tej reguły jest bez liku, to Jack Reacher: Nigdy nie wracaj jest modelowym wręcz jej przykładem.

Nie to, żeby pierwszy Jack Reacher (2012) był filmem wybitnym. Oparty na popularnej (z całym szacunkiem dla fanów – mocno przecenianej) serii powieści autorstwa Lee Childa o perypetiach tytułowego byłego żołnierza amerykańskiej żandarmerii wojskowej, był całkiem niezłym, kameralnym thrillerem, zrealizowanym w klasycznym stylu; bardziej niż wizualne fajerwerki liczyło się umiejętne budowanie napięcia i nieźle poprowadzona historia. Ot, solidna, rzemieślnicza robota.

Po czterech latach na ekranach kin zagościła część druga i – jak się wydaje się –  ostatnia. Rzadko zdarza mi się nazywać rzeczy po imieniu już na wstępie, ale miejmy to za sobą: Jack Reacher: Nigdy nie wracaj jest filmem naprawdę złym. Co, mimo wszystko, jest sporą niespodzianką. Na fotelu reżysera zasiadł przecież Edward Zwick, który na swoim koncie ma takie przeboje jak Chwała, Wichry namiętności, Stan oblężenia, czy Ostatni samuraj. Po tak doświadczonym filmowcu, mającym wsparcie ze strony takich producentów jak Paula Wagner i Tom Cruise, którzy przecież kino akcji czują jak mało kto w branży, można i należy oczekiwać znacznie więcej.

Zwick odszedł od (słowo – klucz!) kameralnego entourage oryginału w kierunku bardziej spektakularnego konspiracyjnego thrillera, w którym fabuła obraca się wokół nielegalnego handlu bronią i przestępczych relacji na linii amerykańska armia – jedna z prywatnych organizacji wojskowych. Wybaczcie, że zdradzę zakończenie, ale tak zwane drugie dno w postaci przemytu narkotyków jest zwyczajnie niesmacznym żartem z widza, zważywszy, że wątek ten tyczy się jednostek stacjonujących w Afganistanie.

Tak tak, scenariusz Nigdy nie wracaj został napisany z subtelnością słonia w składzie porcelany; składa się wyłącznie z filmowych klisz zgranych wcześniej po wielokroć. Niemiłosiernie wręcz przewidywalny (mniej więcej po dziesięciu minutach można dopowiedzieć sobie resztę fabuły), z tak nieprawdopodobnie fatalnymi dialogami, że aż dziw bierze, że przechodziły one przez usta aktorom tej klasy. Konkretnie oczywiście mam tu na myśli Toma Cruise’a, bo partnerująca mu Cobie Smulders jest równie irytująca, co zawsze (i gra dokładnie tę samą postać, co zawsze). O pozostałych członkach obsady w zasadzie nie ma co pisać, bo stanowią jedynie dość blade tło dla głównych bohaterów. Wydaje się, że nikt na planie filmowym nie miał cienia wątpliwości, że projekt ten jest skazany na porażkę. Nawet Cruise jest wyraźnie znudzony rolą i ewidentnie gra na autopilocie, ustawionym na bardzo niskim pułapie.

Scenarzyści dokonali rzeczy zdawać by się mogło niemożliwej: z bohatera o tak dużym potencjale, jakim jest tytułowy Reacher, uczynili karykaturę, nie potrafiąc pogodzić stylu życia wagabundy z próbami skrojenia wątku miłosnego, przy jednoczesnym wpisaniu w fabułę motywu rodzicielskiego. Pozostali bohaterowie zostali napisani z podobną gracją, co fabuła i dialogi – ich schematyczność i brak jakiejkolwiek dynamiki jest doprawdy porażająca.

Z kronikarskiego obowiązku warto odnotować zwykle pomijany w recenzjach, acz niesamowicie ważny aspekt sztuki filmowej – montaż. To na stole montażowym nadaje się filmowi tempo, a poszczególnym scenom dynamikę. Dobry montaż jest w stanie uratować zły film, ale też zła edycja może pogrążyć nawet najlepszy materiał wyjściowy. Mówi się, że dobry montaż jest dla widza niedostrzegalny. W przypadku Nigdy nie wracaj jest on tak chaotyczny, że zaburza odbiór filmu i sprawia, że dwie godziny seansu upływają pod znakiem rosnącej irytacji.

To nie jest tak, że od każdego filmu oczekuję artystycznych uniesień. Nie każdy musi być arcydziełem godnym zapisania w annałach sztuki. Często wystarczy, że zapewnia on solidną dawkę rozrywki. Tylko tyle i aż tyle. Można wówczas przymknąć oko na fabularne ułomności, słabe aktorstwo, czy realizacyjne niedociągnięcia. Dlatego też bardzo rzadko  spotykam się z filmami głównego nurtu, w przypadku których nie sposób wskazać na jakikolwiek pozytyw. A taki właśnie jest Jack Reacher: Nigdy nie wracaj. To wzorcowy wręcz przykład dzieła całkowicie zepsutego na każdym etapie realizacji – od dramatycznie wtórnego i przewidywalnego scenariusza począwszy, przez fatalną dyspozycję aktorów, a na postprodukcji godnej kina klasy B skończywszy. Film, który nigdy nie powinien był powstać, bo szarga cokolwiek miłe wspomnienia pierwowzoru, nie oferując widzowi niczego ponad poczucie utraconych dwóch godzin życia. I tylko Toma Cruise’a żal.