Orbiter 9 (Órbiter 9)

Scenariusz i reżyseria: Hatem Khraiche

Występują: Clara Lago, Álex González, Belén Rueda, Andrés Parra
Produkcja: Hiszpania 2017
Czas trwania: 94 min
Gatunek: science fiction, dramat

2.5 out of 5 stars

Zastanawialiście się kiedyś jak mogłoby wyglądać życie w kompletnym odosobnieniu, ze świadomością, że nigdy nie poznacie drugiego człowieka? Wyobraźcie sobie przytłaczającą monotonię izolacji w hermetycznym środowisku, w którym dni zlewają się w jedną, bezkształtną masę.

Tak właśnie swoje życie przeżywa Helena, młoda kobieta samotnie przemierzająca przestrzeń kosmiczną na pokładzie statku kosmicznego. Któregoś dnia nieoczekiwanie na jej drodze staje Alex, mechanik pokładowy, który – jak twierdzi – musi usunąć awarię matrycy tlenowej. Wydarzenie to wywróci życie Heleny do góry nogami.

Więcej o fabule pisać nie wypada, bowiem twórcy filmu w pewnym momencie serwują widzowi zwrot akcji, który w założeniach zapewne miał co najmniej szokować. Czy sztuka ta się udała? Nie mnie oceniać – przed seansem bowiem obejrzałem zwiastun filmu, który całą misternie knutą niespodziankę zwyczajnie zepsuł. Nie powtarzajcie mojego błędu!

Orbiter 9 to pięknie zapowiadający się, kameralny dramat science fiction, którego założenia nieco rozmijają się z efektem końcowym. Owszem, kilka rzeczy udało się świetnie. Rewelacyjnie pomyślany jest świat przedstawiony; widmo czekającej Ziemię zagłady zostało dyskretnie jedynie zasygnlizowane tak, że wydaje się być nieuniknione, ale jednocześnie nie odwraca uwagi od głównego wątku opowieści. Klimat, szczególnie w pierwszym akcie, jest fantastyczny – klaustrofobiczny, wręcz duszny. Wspomniana wcześniej monotonia życia głównej bohaterki udziela się również widzowi. Ów klimat doskonale podkreśla praca kamery i stonowana muzyka. Można oczywiście również zachwycać się urokiem wcielającej się w rolę Heleny Clary Lago.

Z drugiej strony, z czasem, a zwłaszcza w trzecim akcie, film popada w sztampę. Hiszpański reżyser nie do końca wykorzystał również motyw, który powinien stanowić clou filmu, a mianowicie zachwyt Heleny nad otaczającym ją światem – wiążący się z tym ładunek emocjonalny potencjalnie mógłby udźwignąć cały film. Jak? Pamiętacie scenę z doskonałego zresztą Equilibrium (do obejrzenia na Netfliksie!), w której bohater grany przez Christiana Bale’a, kiedy wyzwalając się wreszcie spod wpływu Prozium zdziera z okien spowijającą je folię (w na poły symbolicznym akcie) i po raz pierwszy spogląda na świat swoimi oczyma? Ileż emocji towarzyszyło tej jednej, prostej scenie? Prawdziwe mistrzostwo.

W Orbiter 9 porównywalnego, tak poruszającego widza ujęcia niestety nie ma.

Pozostaje zatem pytanie: komu właściwie można ten film polecić? Weterani gatunku w trakcie seansu będą mieli nieodparte wrażenie, że wszystko wcześniej już wiedzieli. Często – w lepszym, bardziej wyrazistym wydaniu. Z kolei dla osób nieprzekonanych do science fiction film ten może być zbyt ciężkostrawny. Co gorsza, a to już grzech kadrynalny, z niezrozumiałych względów trudno jest widzowi tak do końca w hisorię Heleny zaangażować się emocjonalnie.

Orbiter 9, pomimo wszystkich swoich wad, nie jest filmem nieudanym. Niemniej, odnoszę wrażenie, że w rękach bardziej uzdolnionego (albo doświadczonego) reżysera mógłby być znacznie lepszy. Być może Khraiche próbował złapać zbyt wiele srok za ogon, przez co poszczególne lejtmotywy zacierają się? Z całą pewnością nie pomogło nierówne aktorstwo, zwłaszcza w wykonaniu Álexa Gonzáleza. Również scenariusz – od pewnego momentu – sprawia wrażenie pisanego naprędce. Zupełnie, jakby twórcy zachłysnęli się świetnym punktem wyjścia, nie mając jednocześnie pomysłu na jego skonkludowanie.

A szkoda. Zapowiadało się naprawdę pierwszorzędne widowisko.